Zmęczenie życiem

  • Beata Kozłowska-Woda
  • 2018-05-29

Obecnie powszechną dolegliwością jest zmęczenie. Gdy wynika ono z ciężkiej pracy i wielu obowiązków, jest uzasadnione. Całkiem inaczej sprawa wygląda w przypadku osób, które nie pracują w pocie czoła, czyli wydawałoby się, że nie mają powodu do zmęczenia, a jednak opadają z sił.

Wtedy przychodzi na myśl lekko ironiczne stwierdzenie: „pewnie zmęczył/a się życiem”. I jak się okazuje, nic w tym śmiesznego, a wiele prawdziwego. Bo tego typu zmęczenie nie tylko dotyczy ludzi w podeszłym wieku, jak mogłoby się wydawać. Na brak energii narzekamy niemal wszyscy. I to niezależnie od tego, gdzie pracujemy i jaki rodzaj pracy wykonujemy, ile mamy lat i jak zasobne portfele. Dlatego chciałabym się z Wami podzielić kilkoma informacjami na ten temat. Może to trochę pomoże, może da do myślenia?

CZYM CHARAKTERYZUJE SIĘ PASKUDZTWO?

Zmęczenie „bez powodu”, to zmęczenie na poziomie umysłu i psychiki, mające swe konsekwencje także w ogólnym obniżeniu kondycji całego ciała. Nie tyle bolą nas mięśnie, co brakuje nam siły. Człowiek jakiś taki wypompowany, snujący się po domu. Niby coś robi, ale jakoś bez przekonania. Niby funkcjonuje „normalnie”, jak wszyscy, ale tak jakby poza sobą – bez radości i czucia. Łazi z kąta w kąt, zaczyna dziesięć robót na raz, ale za nic nie może się zabrać, bo nie ma na to siły lub też niczego nie może skończyć. Niewiele go więc cieszy – niby w telewizji leci fajny film, ale co z tego? Niby muzyka dobra, ale ucho nie sączy dźwięków. Niby rodzina fajna, dom przytulny, ale to też nie to. W pracy też nie jest najgorzej, byle do piątku. A w piątek, mimo cotygodniowych oczekiwań i obietnic wypoczynku, też bez fajerwerków, a może nawet przez te oczekiwania – zazwyczaj niespełnione – z wielkim poczuciem niedosytu. Generalnie można by powiedzieć, że jakoś leci. A może obojętnie wisi i dynda?

Bo taki brak energii to trochę taki spleen duszy i ciała – Weltschmerz – ból duszy, jakby wiek temu powiedzieli inteligenci. Wewnętrznie wiemy i czujemy, że coś jest nie tak, ale do końca nie wiemy, co. Dlatego staramy się temu zaradzić. Dlatego też zastanawiamy się, z czego jeszcze zrezygnować, żeby odzyskać radość i energię do życia lub co jeszcze zrobić, żeby na nowo się pojawiła. I czym więcej o tym myślimy, tym gorzej się czujemy. A energii jak nie było, tak nie ma. Za to jest przeświadczenie, że życie męczy, nawet za młodu i w sile wieku…

SKĄD PASKUDZTWO SIĘ WZIĘŁO?

Na wstępie jeszcze raz powtórzę, nie rozważamy kwestii zmęczenia fizycznego na przykład po ciężkiej, wyczerpującej pracy, bo ono jest w pełni zrozumiałe i uzasadnione. Szukamy źródeł zmęczenia psychicznego, które odbiera siły fizyczne i chęć do życia.
Przyczyn jest kilka – dwie, o których szeroko pisałam na swojej stronie i Facebooku oraz dwie inne, które omówię poniżej.

Dwie pierwsze, znane moim dotychczasowym czytelnikom, a bardzo istotne to:

Dwie pozostałe to:

  • BRAK KONKRETNEGO CELU W ŻYCIU

Utrapieniem naszych czasów jest pośpiech i brak uważności, o czym już wielokrotnie pisałam. Także i w tym przypadku wpływa on negatywnie na odczuwanie przez nas sensu. Od dziecka żyjemy w pędzie, wydaje się, że nawet w coraz większym. Dlatego nie zadajemy sobie pytań: kim jesteśmy i czego pragniemy w życiu? Jak chcielibyśmy się zrealizować w życiu? Co uznajemy za jego cel i sens?
Czasem jest to wina wspomnianego pospiechu, czasem tego, że ktoś (najczęściej nasi rodzice?) nie dali nam szansy na takie pytania. Czasem jest też tak, że my sami, przyzwyczaiwszy się od lat do tego tempa życia lub sterowania odgórnego przez innych, nie pozwoliliśmy sobie pomyśleć na ten temat.

Dlatego tkwimy latami w tej rozpędzonej machinie życia, nie wiedząc, jak wyjść z tej pułapki. Bo przecież ciągle zadajemy sobie pytanie, co jest nie tak i ciągle nie ma odpowiedzi.  Może czytamy różnego rodzaju poradniki dotyczące satysfakcji z życia? Może ustawiamy się w licznych kolejkach do różnych maści lekarzy, licząc na to, że tam uzyskamy odpowiedź na temat naszego kiepskiego samopoczucia?

A sprawa, przynajmniej w teorii, taka prosta – brak konkretnego celu w życiu i co z tym związane, brak realizacji własnego człowieczeństwa… Stąd właśnie te nasze cierpienia wewnętrzne trudne do zdefiniowania, stąd też zmęczenie. Mechanizm jest logiczny – jeśli nie potrafimy rozwiązać jakiegoś problemu i dodatkowo często nad nim myślimy, to energia życiowa jest przez nas wysysana z większą prędkością niż najbardziej ssący turbo-odkurzacz.  🙂  Mówiąc krótko: nadmiar myślenia w stosunku do działania, które dawałoby nam satysfakcję.

  • NIEODPOWIEDNI STOSUNEK DO SIEBIE I ŻYCIA

Kolejny powód stałego przemęczenia, to nasze szkodliwe dialogi ze sobą.  🙂 Wrogiem numer jeden jest tu przekonanie, że nie zasługujemy na wiele rzeczy i nie nadajemy się do tego, czy owego – a w przypadku wybitnie destrukcyjnych mówców  🙂 – … do niczego…. I jak tu mieć energię do życia, gdy tak „wspaniale” motywujemy się do działania!  🙂  Satysfakcjonujące życie jawi się więc jako coś, do czego nie mamy dostępu, bo sami sobie na to nie pozwalamy. Sami wyrzucamy się za jego drzwi, ustawiając się w jego poczekalni. (Już o tym pisałam: http://kozlowskaterapia.pl/blog/zycie-na-czysto-zycie-na-brudno/). Żyjemy więc drepcząc w ciasnej dla nas przestrzeni – trochę bez przydziału lub z takim, którego sami nie wybieraliśmy, którego często nie chcemy, choć głośno przeciwko niemu nie protestujemy. I znów energia wypala się jak w koksowniku z turbo-ssawką  :). Patrzymy na swoje życie, wewnętrznie się burzymy, ale nic z nim nie robimy, bo nie mamy siły. Koło zamknięte…

Szkodliwość naszego podejścia do siebie i życia polega też na tym, że traktujemy je zbyt serio, zbyt poważnie. Chcemy być akuratni, perfekcyjni, w stu procentach profesjonalni. Stawiamy sobie więc bardzo wysokie wymaganie, którym często trudno sprostać. Zamartwiamy się niemal o wszystko, bo tak trudno spełnić tak wiele wymagań – i tych płynących z zewnątrz i tych własnych. Jesteśmy dlatego zalęknieni, rozczarowani, pełni złych, pesymistycznych myśli, zestresowani.  A może nawet rozgoryczeni, bez nadziei, że kiedyś odczujemy spokój, że kiedyś wszystko się poukłada i będzie tak, jak sobie założyliśmy?… Ale czy można sprostać takiemu podejściu i to z takim nastawieniem? Oczywiście, że nie. 🙂

A MOŻE PASKUDA MI SPRZYJA?

Czyżbyśmy nie mieli rozsądku i instynktu samozachowawczego? Nie do końca tak. Mamy ukryte korzyści z tego stanu rzeczy. Inaczej przecież ani minuty nie tkwilibyśmy w tym stanie. Co więc nas przyciąga do szkodzenia sobie? Jakie korzyści trzymają nas w sieci przyzwyczajeń?
Przede wszystkim może to być lęk przed zmianą. Przez lata okopaliśmy się swoich przyczółkach, więc przychodzi nam myśl, że może lepiej tego nie ruszać.  Może lepiej zostawić wszystko tak jak jest i może coś się samo zmieni. Co i kiedy, oczywiście nie wiadomo, więc pozwalamy sobie na trwanie w tym meczącym niezadowoleniu okraszonym smutkiem lub zniechęceniem.
Być może inną przyczyną jest lęk przed samym życiem, swoją witalnością, mocą, przed którą w gruncie rzeczy się bronimy z jakichś powodów? Może jej nie znamy nawet, więc jest nam obca, a przez to trudna do ogarnięcia nawet w wyobrażeniach?
A może to jeszcze inny strach – strach przed tym, że gdy zdecydujemy się na realizację swoich marzeń, swojego modelu życia, swoich pasji, swojej drogi, to zostaniemy wyśmiani, skrytykowani albo że nie wyjdzie to tak, jak planujemy, nie uda się, poniesiemy porażkę? No wiec lepiej nawet nie próbować…

Ale jak widać, cena za takie wstrzymywanie się i tłumienie naszych mniej czy bardziej skrytych potrzeb jest wysoka. To ciągłe zmęczenie, brak energii i poczucie braku satysfakcji w życiu, może nawet poczucie braku jego sensu. Może warto jednak coś z tym zrobić? Może warto odważyć się na zmianę, choćby miała się odbywać w tempie niespiesznym, małymi krokami, ale jednak?

JAK SIĘ POZBYĆ SZKODNIKA?

Niestety zazwyczaj największymi wrogami jesteśmy my sami dla siebie. Nasze sprytne organizmy tak się umościły w licznych przyzwyczajeniach i schematach, że często trudno jest się nam dokopać do samych siebie w tych usypanych przez lata zaspach i zasiekach. Ale przecież skarbów nie znajduje się zazwyczaj tuż pod nogami – często trzeba się trochę natrudzić, żeby się nimi cieszyć. Dlatego warto podejmować ten wysiłek.

Ani snucie się, ani nieproduktywne myślenie nie zmienią tej sytuacji. Dlatego w tym przypadku warto pogadać z terapeutą lub mądrym i doświadczonym życiowo człowiekiem, który pomoże dotrzeć do naszych potrzeb, a gdy nam się bardziej poszczęści, nawet do naszego życiowego powołania.

Ale są też rzeczy, którymi sami możemy się też zająć:
  1. Sprawdzić czy to nie zastój lub wypalenie zawodowe.
  2. Postarać się uaktywnić fizycznie, czyli zamiast dużo myśleć, więcej działać.
  3. Doceniać to, co się już ma i szukać w tym przyjemności.
  4. Celebrować chwile – rozkoszować się nawet małymi rzeczami, momentami.
  5. Stworzyć sobie listę przyjemności (różnego kalibru i tych większych, i tych mniejszych), a potem je realizować – choćby jedną dziennie.
  6. Przestać marudzić, zrzędzić, szukać dziury w całym.
  7. Przestać siebie samych straszyć i projektować sobie czarne wizje.
  8. Odpuszczać sobie, traktować siebie z łagodnością i wyrozumiałością.
  9. Mówić do siebie takimi tekstami, jakie chcielibyśmy od innych usłyszeć i analogicznie siebie traktować .
  10. Przytulać się jak tylko znajdzie się sposobność.  🙂
  11. Codziennie znaleźć przynajmniej jedną rzecz, za którą jesteśmy wdzięczni (sobie lub komuś).
  12. Wypoczywać, kiedy czujemy zmęczenie.W tekście celowo nie zamieszczam informacji, jak pracować z określaniem celów życiowych, bo to materiał na osobny artykuł, przy innej okazji. Jeśli jednak istnieje już teraz zapotrzebowanie na ten tekst, to proszę o informacje. 🙂

Jeśli potrzebujesz wsparcia, skontaktuj się ze mną.

Ilustracja: Nadieżda Lermontowa