Uwaga: nie umiem brać!

  • Beata Kozłowska-Woda
  • 2017-12-13

Aż trudno uwierzyć, że prezenty mogą wprawiać w zakłopotanie. Są jednak osoby, które nie potrafią się nimi w pełni cieszyć. Przyczyna tkwi w niskim poczuciu własnej wartości, którego „nabawiamy się” w dzieciństwie, a które potem ciąży przez lata jak kula u nogi.
O niezdrowych przekonaniach i postawach związanych z braniem (w kontekście zbliżających się świąt) – dzisiejszy felieton. Zapraszam!

Jak to jest?

Jeśli należymy do szczęściarzy, którzy obdarowywanie kojarzą jedynie z radością, przyjemną ekscytacją oraz miłym uczuciem, to spróbujmy zrozumieć, dlaczego inni tak nie mają. Tak, to znaczy nie odczuwają przyjemności, gdy są doceniani, nagradzani czy komplementowani, lecz raczej czują zakłopotanie, czasem wstyd lub nawet irytację. Żeby dowiedzieć się więcej, proponuję przyjrzeć się działaniu kilku szkodliwych przekonań, zazwyczaj wtłaczanych dzieciom przez dorosłych.

Przekonania, które ograbiają nas z radości:

Siedź w kącie, a znajdą cię

To nie jedyne powiedzenie zasłyszane gdzieś w dzieciństwie. Może słyszeliście jeszcze: pokorne cielę dwie matki ssie lub inne mądrości w tym guście? Oczywiście pokora sama w sobie jest zaletą, ale źle rozumiana i ponad miarę napompowana – jest obciążeniem. Pewnie najlepiej wiedzą o tym kobiety, które ze szczególnym upodobaniem ćwiczono w byciu skromnymi. Wszystkich za to uczono, że brać nie wypada, a na pewno nie za dużo. Że nagrody, prezenty i komplementy to zbytek, od którego może się w głowach poprzewracać, a przecież dzieci trzeba trzymać krótko i traktować bez zbędnych sentymentów. Jeśli ktoś na dodatek nauczył się, że jego potrzeby to tylko fanaberie i przejaw egoizmu, to mamy gotową odpowiedź, dlaczego tak trudno, nawet w dorosłym życiu, cokolwiek przyjmować od innych. Wszystkie dary – materialne, słowne czy wyrażane poprzez czyny wywołają niedowierzanie: czy na pewno na to zasłużyłem? Czy to nie za dużo? Czy w ogóle powinienem to wziąć? Dlatego zdarza się, że gdy usłyszymy pochwałę, odruchowo jej zaprzeczymy lub trochę nienaturalnie zaśmiejemy się, bo być może to pomyłka, przesada lub tylko żart. W najlepszym razie pojawią się mieszane uczucia – bo z jednej strony to przecież przyjemne doświadczać czyjejś uwagi i starań, ale z drugiej uczono nas przecież, że to pycha i brak skromności, a może nawet egoizm i materializm!

Nie ma nic za darmo

Gdyby chcieć w życiu kierować się tą maksymą, trzeba by było na stałe w nie wpisać zgorzknienie i smutek. Bo każdy podarunek, miły gest czy słowo musiałoby być traktowane jako swoisty haczyk, który łapie nas za kołnierz, po to, żeby coś z nas zdjąć – coś nam odebrać. Zakładając, że bezinteresowność i czyste dobre intencje nie istnieją, nie możemy docenić żadnego prezentu, bo każdy jest jedynie elementem gry, który na dodatek wymaga od nas rewanżu lub odgadnięcia cudzych, skrytych intencji. Takie nastawienie wobec brania i dawania powoduje, że każdy dar staje się kłopotliwy – niby przez chwilę cieszę się, że coś otrzymałem, ale to tylko zasłona dymna, bo na pewno ktoś coś od nas chce – i stąd prezent lub miłe słowa.
Nie pozwalamy sobie zatem na chwile chwały, na bycie w centrum uwagi, na poczucie, że jesteśmy naprawdę fajnymi i ważnymi dla kogoś ludźmi. Przebłyski takich myśli wymazujemy czym prędzej z naszej percepcji, a w zamian za nie usilnie szukamy zasadzki i podtekstów, które paradoksalnie nas uspokajają. Bo przecież nie może tak być, żeby móc coś dostać ot tak, bez wyraźnej przyczyny lub żeby ktoś naprawdę uważał, że jesteśmy wartościowi. Żeby nie trwać w tak niemiłym rozdarciu i niepewności, unieważniamy usłyszane wcześniej komplementy lub staramy się jak najszybciej czymś zrewanżować, żeby nie trwać w tej nieznanej i nieprzećwiczonej w dzieciństwie sytuacji. Koszmarem byłoby przecież uwierzyć, że ktoś na serio nas ceni lub chce nas wyróżnić, a potem przekonać się, że to był żart lub podpuszczanie… Dlatego na wszelki wypadek trzeba się zabezpieczyć  – nie roztkliwiać za bardzo, nie dawać nabrać, ale uważnie wytropić prawdziwe motywy czułych słówek i prezencików.

Nieważne co – ważne, że w ogóle dają

Ten typ myślenia charakteryzuje osoby uległe, nietroszczące się o siebie i pozwalające na przekraczanie własnych granic. Prawdopodobnie w dzieciństwie usłyszały, że na niewiele zasługują i że są w gruncie rzeczy nieważne. Może powtarzano im, że dzieci i ryby głosu nie mają, więc nie miały prawa mówić o swoich potrzebach, emocjach, a nawet wyrażać własnych myśli? Może donaszały po starszym rodzeństwie ubrania i bawiły się starymi zabawkami, a nowych, takich tylko dla siebie, nigdy nie otrzymały? Może były traktowane jak piąte koło u wozu w czeredce dzieci lub w gęstnienie problemów domowych? Może dlatego postanowiły być trochę przezroczyste, żeby nie przeszkadzać za bardzo, nie absorbować uwagi swoją osobą, już i tak zapracowanych i ciągle podenerwowanych rodziców? A może nie dowiedziały się tego, że można w życiu czegoś chcieć – nie cokolwiek, ale czegoś, co spełnia tylko ich pragnienia, jest tylko dla nich i z myślą tylko o nich?
Takie podejście i nastawienie do siebie i innych powoduje, że nie oczekujemy od życia/innych niczego lub prawie niczego. Nie spodziewamy się uwagi, poświecenia dla nas czasu, robienia dla nas czegoś specjalnego. A gdy coś takiego się zdarzy – nie dowierzamy temu, nie wiemy, jak się zachować, co z tym zrobić. Nauczyliśmy się jedynie brać od ludzi to, czego ktoś inny by nie wziął, a co my, mimo niechęci, bierzemy: narzekania, marudzenia, zadań po godzinach, niechcianych darmowe prac, zaproszeń wysyłanych na doczepkę i w ostatniej chwili, byle jakich prezentów, pozornej uwagi … Można powiedzieć, że nauczeni przyjmowania śmieci, nie umiemy brać wartościowych darów.

 Skąd się to bierze?

Tak jak już wspominałam, trudność brania czegokolwiek od innych związana jest z brakiem poczucia własnej wartości. Charakteryzuje ono ludzi skrzywdzonych w dzieciństwie przez najbliższych. Jeśli jesteś wśród nich lub znasz takie osoby, to wiesz, że nie otrzymali oni bezwarunkowej miłości – tej najważniejszej, która umacnia człowieka na całe życie, bo jest miłością za sam fakt istnienia, bez jakichkolwiek warunków. Bezwarunkowa miłość to kluczowy dar, jaki może otrzymać człowiek! Być może najważniejszy, bo dzięki niemu może nauczyć kochać i szanować samego siebie, czyli wierzyć w siebie, swoją moc i mieć poczucie, że poradzi się sobie ze wszystkim i wszędzie, bo można liczyć aż na siebie samego.
Dlatego też osoby mające silne i zdrowe poczucie własnej wartości nie mają problemu z braniem od innych. Dary są dla nich czymś naturalnym, radosnym i miłym. Nie są ani kłopotem, ani też nie są traktowane jako coś niezwykłego czy potwierdzającego chwilowo ich wartość. Osoby wychowywane w zdrowym domu nie będą traktowały prezentów jako dowodów, na to, że ktoś zauważa ich istnienie. Nie będą się też szczególnie starały, żeby zasłużyć na coś miłego. Nie będą uzależnione od ocen innych, falując emocjonalnie jak linia sinusoidy – od komplementów wywołujących w nich euforię, po słowa krytyki spychające ich w czeluść czarnych myśli.

Niełatwo wyrwać się z łap demona niskiej samooceny. Ale gdy zdobędziemy się na odwagę, znajdziemy trochę determinacji i cierpliwości, to  (np. przy wsparciu terapeuty), z każdym się rozprawimy!
Na początek możemy zacząć od brania bez poczucia winy, wstydu i zakłopotania. Zbliżające się święta są świetną okazją do takiego treningu. Odbierzmy z lekkością prezent, dobre słowo i życzenia – bez doszukiwania się drugiego dna, bez umniejszania jego wartości i podejrzewania nieszczerych intencji. Ucieszmy się z tego, co dostaliśmy i zachowajmy w pamięci każdy miły gest i komplement – bez żadnego „ale”. I postarajmy się cieszyć tymi chwilami jak najdłużej, czego nam wszystkim szczerze życzę. 🙂

Ilustracja: Michael Sowa, „Kot”