Błądzenie we mgle

  • Beata Kozłowska-Woda
  • 2017-10-17

„Sens swoich poczynań rozumiemy dopiero w chwili, gdy tracimy grunt pod nogami. Możemy wykorzystać tę sytuację na dwa sposoby: by się przebudzić albo by zapaść w głęboki sen.”

Rozmowy z samym sobą

Na co dzień rzadko myślimy o własnym życiu przez wielkie „Ż”. Rzadko też zadajemy sobie istotne i kłopotliwe zarazem pytania w rodzaju: jakie jest to moje życie? Z kim je dzielę? Czy jestem szczęśliwa/y w tych relacjach? Czy żyję tak jak chcę, jak marzyłam/em? Czy wykorzystuję swoje talenty i czy w ogóle je odkryłam/em? Czy mam czas na odpoczynek i bycie ze sobą? Czy akceptuję miejsce, w którym jestem i siebie, jaka/i jestem?…
Tego typu pytań można by przytoczyć znacznie więcej. I choć takie ważne, wręcz kluczowe dla naszego rozwoju i dla naszego szczęścia, zazwyczaj w ferworze codziennych zajęć i obowiązków umykają nam lub jako kłopotliwe są  celowo przez nas usuwane ze świadomości.
Tłumaczymy sobie wtedy, że nie mamy czasu na takie górnolotne rozmyślania, że jest tyle spraw do załatwienia, więc po co sobie stwarzać dodatkowe zmartwienia i stresy w tym pełnym napięcia i pośpiechu życiu. Właśnie dlatego z własnej woli raczej nie zapuszczamy się w takie grząskie rewiry. Dusimy się więc latami w sytuacjach, które odbierają chęci do życia. Znosimy kolejne upokorzenia, naciski, kłótnie. Wytrzymujemy  lęki, niewiarę w siebie i w lepszą przyszłość. Drepczemy w miejscu, którego nie lubimy, spotykamy się z ludźmi, z którymi dawno już nas nic nie łączy. Zdarza się i to nie tak rzadko, że z niechęcią omiatamy wzrokiem lustra, bo tam znajduje się odbicie osoby,  którą też przestaliśmy darzyć sympatią czy szacunkiem…
I można by trwać w takim letargu długo – miesiącami, latami, a nawet do kresu dni, gdyby nie kryzys, jakieś nieszczęście, przełomowy moment, kiedy po prostu nie mamy siły i ochoty, żeby wstać w łóżka, bo wszystko wydaje się nieważne. To właśnie wtedy wspomniane pytania same  dobijają się do nas i nie odpuszczają już tak łatwo.

Kryzys tylko z pozoru taki straszny

Oczywiście kryzysu się boimy, dlatego nie wyglądamy go przez okno z utęsknieniem. Przynosi przecież zazwyczaj ból, rozczarowanie, brak wiary w siebie, a czasem paskudne uczucie, że osuwa się nam grunt pod nogami. Pomimo tak złej prasy, nie jest jednak  taki całkiem bez sensu i tylko zły. Paradoksalnie, prócz niepewności i poczucia chwilowego  „końca świata”, zawsze niesie  ze sobą coś cennego. To prawda, że najlepiej te pozytywy widać po czasie i z pewnego dystansu, ale fakt jest faktem i to niezaprzeczalnym.
Jeśli kryzys nie jest tak zwanym zrządzeniem losu, na które mamy raczej znikomy wpływ, to z pewnością sami mieliśmy niebagatelny wpływ na to, że się on pojawił. Dobitnie zaświadcza o tym nasze ciało/umysł/emocje/duch – czyli my sami, bo przecież nie raz otrzymywaliśmy sygnały w postaci wewnętrznej niezgody na coś, dyskomfortu działania wbrew sobie, niechęci do czegoś lub kogoś oraz całego wachlarza emocji i podpowiedzi intuicji, a nawet bólu fizycznego. Bo gdy świadomie i z własnej woli nie dbamy o siebie, własne potrzeby, zdrowie, wtedy włącza się nasz osobisty tryb awaryjny w postaci syreny trudnych do wypchnięcia  myśli i porzuconych wcześniej tematów. A gdy i to nie pomoże, na ratunek przed nami samymi organizm wysyła chorobę, żebyśmy tym razem nie wymknęli się chyłkiem na stare śmieci i nie popadli w majaki zamglonego pseudo życia.  Jak widać, świetnie zostaliśmy wyposażeni przez naturę. Szkoda jedyni, że tego fenomenalnego mechanizmu nie doceniamy i upychamy gdzieś w zakamarkach niepamięci.

Zmiana – dobra rzecz

Jakiż można wysnuć wniosek z powyższych zapisków? Na podstawie własnego doświadczenia powiedziałabym: nie obawiajmy się aż tak bardzo zakrętów w życiu i zmian, jakie ono przynosi. Są one naturalną i nieodzowną częścią naszego istnienia. Poza tym to świetne okazje, żeby przewietrzyć swoje życie z tego, co nas do tej pory przyduszało. To odpowiedni czas, żeby wymienić lub naprawić to, co niedomagało albo w ogóle nie działało. To także doskonały moment, żeby zadbać o siebie i stanąć mocno na własnych nogach. To prawda, że nie od razu wszystko płynnie wskoczy na swoje miejsce i nie z dnia na dzień pełni zapału i radości zaczniemy śpiewać „O sole mio” pod prysznicem.
Jednak od razu za to poczujemy ulgę, że przełamaliśmy się i ruszyliśmy  do przodu, że przestaliśmy błędnie krążyć we mgle. Docenimy także własną siłę  wynikającą z faktu, że zrobiliśmy pierwszy arcyważny krok i pozwoliliśmy sobie na wsparcie we własnej zmianie.  Mało tego, poczujemy wielką satysfakcję, że wzięliśmy swoje życie we własne ręce, bo zdobyliśmy się na odwagę zmierzanie się z tym, co jest dla nas trudne. Ukoronowaniem będzie poczucie wewnętrznego ładu i spokoju oddychania wreszcie pełną piersią i we własnym rytmie.
***Lubiących śpiew zapewniam, że po czasie przyjdzie także ochota na serenady i twórczość, nie tylko radosną 🙂

*Cytat z początku tekstu:  Pema Cziedryn
Zdjęcie: William Turner, Pejzaż