Ograbieni w dzieciństwie

  • Beata Kozłowska-Woda
  • 2018-09-23

Matki, które nie potrafiły obdarzyć zdrową miłością swoich dzieci nie są niestety wyjątkami. Brak tej miłości nie wynika z założeń a priori: „nie będę kochać”, ale zazwyczaj z faktu, że nie potrafią dawać bliskości, bo same jej nie zaznały jako dzieci. Warto więc wiedzieć, jak sobie pomóc, jeśli nie otrzymaliśmy miłości w dzieciństwie i co zrobić, żeby nie kontynuować tego wielkiego nieszczęścia w swojej rodzinie.

NIEZAWINIONA WINA

Tak jak wspomniałam, matki (o ile nie są chore psychicznie) niemal nigdy nie krzywdzą swoich dzieci dla kaprysu, z chęci zadawania cierpienia. Jeśli krzywdzą, zapewne same zostały skrzywdzone, dlatego nieświadomie powielają znany sobie z dzieciństwa schemat relacji lub zaspokajają potrzeby, których wtedy nie otrzymały. Zanim o tym, najpierw trochę o tych potrzebach.

To, czego każde dziecko potrzebuje i co powinno dostać w zdrowej relacji to przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, które buduje zaufanie między nim a matką. Na prawidłowy rozwój wpływa też potrzeba bliskości i stałej uwagi, aby dziecko miało pewność, że jest ktoś życzliwy i kochający, kto zauważy jego potrzeby i pomoże je zaspokoić. Już te trzy elementy sprawiają, że dziecko może się przeglądać w matce jak w lustrze, dzięki temu mając szansę na poznawanie siebie oraz otoczenia, które wydaje się być przyjazne i sprzyjające w rozwoju. Dziecko skupia się więc na sobie oraz na interakcjach ze światem, który poznaje swobodnie, bez lęku, bo wie, że ma stałe wsparcie w matce.

KONSEKWENCJE BRAKU ŚWIADOMOŚCI

Inaczej wygląda sytuacja, kiedy matka sama ma niezaspokojone potrzeby w dzieciństwie, zwłaszcza w tym bardzo wczesnym. Wtedy nie będzie ona potrafiła rozpoznać potrzeb dziecka. Mało tego – będzie próbowała nieświadomie realizować swoje potrzeby poprzez dziecko.
To niestety nagminna sytuacja. Mimo iż matka stara się jak tylko potrafi kochać dziecko, użyje go do zapełnienia własnej pustki i deficytów. Dlatego w takiej relacji zabraknie tak istotnych składników jak zaufanie, ciągłość i stałość, a przede wszystkim przestrzeni, w której dziecko mogłoby doświadczać własnych uczuć. Za to zacznie ono rozwijać w sobie to, czego potrzebuje matka. I mimo że w danym momencie ratuje mu to życie (tak widzi to dziecko – życie, czyli miłość matki lub ojca), to w przyszłości może mu to uniemożliwić bycie sobą i co z tym związane – może pozbawić je  zdrowego poczucia własnej wartości i pełnej akceptacji siebie. Jak pisze Alice Miller: „ w takim przypadku dziecko nie może zintegrować swoich naturalnych potrzeb związanych z rozwojem, więc odcina je lub wypiera. Później taki człowiek będzie żył w niewoli swojej przeszłości, nie zdając sobie z tego sprawy.”

To właśnie ta sytuacja, kiedy nie wiemy, dlaczego nie wierzymy w siebie i nie cenimy siebie, mimo sukcesów. Dlaczego mamy poczucie, że jakaś część nas – większa lub mniejsza – jest niewyrażana i dlaczego w związku z tym czujemy się obco ze sobą? To także ta sytuacja, kiedy nie wiemy, dlaczego działamy wbrew sobie i dlaczego nie potrafimy nawiązywać zdrowych relacji? Dlaczego odczuwamy smutek, lęk, gniew, rozdrażnienie, choć wydawałoby się, że nie dzieje się nic szczególnego, co mogłoby uzasadniać takie silne odczucia? I tak dalej, i tak dalej…

CO MOŻNA ZROBIĆ?

Zależność: zdrowa matka – zdrowe dziecko wydaje się być oczywista. Jeśli decydujemy się być rodzicami, dobrze jest najpierw pomóc sobie samym stanąć mocno na nogach, żeby mieć siłę i odpowiednią stabilność, by być wsparciem, dla nowego człowieka z jego potrzebami. Rezygnacja z siebie i myśl: „jakoś się ułoży” lub co gorsza: „poczuję się lepiej, gdy pojawi się dziecko”, to wielki błąd. W takiej sytuacji to niestety niemal pewnik, że historia własnego cierpienia będzie przekazana następnym pokoleniom…
Dlatego dobrze jest mieć świadomość, że problemy same z siebie nie znikną jak kamfora. Bo czas nie wyleczy akurat tych ran, ale jedynie przykryje je kolejną warstwą nietrwałej zaprawy, która pod własnym ciężarem może kiedyś, w chwili kryzysu niespodziewanie i boleśnie odpaść. A może zabetonuje nas na amen i odetnie tym samym od własnych uczuć, potrzeb i prawdy o sobie i swojej prawdziwej tożsamości.

Oczywiście nie jest to dla nas wyrok. Zawsze można sobie pomóc, decydując się chociażby na terapię. Dzięki temu mamy szansę nie tylko na opatrzenie i zabliźnienie własnych ran, ale także na to, żeby w nieświadomy sposób nie krzywdzić innych, chociażby własnych dzieci.

*** W tekście częściowo wykorzystano wnioski z badań klinicznych Alice Miller.

Ilustracja: Liu Yunsheng